Mroźny, zimowy wieczór. Trzy, cztery lata temu. Jest nas czwórka. Do rozgrzanej wieczornym gwarem warszawskiej knajpy docieramy roześmiani, już nieco zawiani podkładką z Finlandii, ogórków i rozmów o błahostkach równo wymieszanych z „rzeczami ważnymi”. Gdzieś między śmiechem z targetów, a rozmowami „o literaturze i sztuce”. Zasiadamy przy stoliku, domawiamy piwa czy tequili (nie bądźmy drobiazgowi), kontynuujemy dzielnie wieczór jak przystało na pełnych wiary w przyszłość „młodych, zdolnych, w dynamicznym zespole”. Nie brakuje też tego dnia, jak każdego innego, kuksańców i podśmiechujek z twórczości kolegi. Kolega przecież pisze, kolega przecież pisze literaturę popularną, to się koledze po prostu należy. Czy chodziło o głupi zakład, udowodnienie tezy, czy po prostu – kaprys, tego już nikt nie pamięta. Grunt, że kolega w końcu wstaje i rusza w rundę po całej knajpie, stolik za stolikiem, do każdego podchodzi, grzecznie pyta o możliwość zakłócenia spokoju, by z pełną swady kurtuazją przedstawić się każdej obecnej w przybytku osobie:

„Dzień dobry, Jakub Ćwiek – pisarz z Polski”.

Dziś spotkać go w Warszawie to nie lada wysiłek. Opuścił stolicę, osiadł sobie w rodzinnych stronach. Spotkać go na chwilę dłuższej rozmowy – zadanie prawie niewykonalne. Tu projekt, tu serial, tu film… W końcu się jednak udaje, więc rozmawiamy: o tym, czy nadal przedstawiałby się jako pisarz, o depresji i emocjach w pisaniu, i o tym – w końcu – którą swoją książkę uważa za najlepszą.

„Jakub Ćwiek, pisarz…” Przedstawiałeś się tak z wielkim przekonaniem. A tu teraz… wyprawa do Stanów, tu znów film, pracujesz nad serialem internetowym, z tego co słyszę, zabierasz się za stand–up…?

Wiesz, to jednak wszystko jest pisanie. Przynajmniej dla mnie, na tym najbardziej podstawowym poziomie. Bo też wszystko to tak naprawdę sprowadza się do tego, żeby uporządkować opowieści, które Ci siedzą w głowie, dostosować je jakoś.
Podobno, nie myślimy słowami, a całym szeregiem różnorakich bodźców zmysłowych. Nadrzędnym zmysłem jest wzrok, ale też potrafimy sobie wyobrazić zapach, smak. Myślimy obrazkami…

No, w każdym razie Ty tak masz…

Niech będzie. Więc myślę głównie obrazkami, a wszystko układa mi się w krótkie filmiki w głowie. I dopiero te filmy muszę przełożyć na język zrozumiały dla drugiej osoby – nieważne, czy to jest czytelnik, słuchacz, widz, czy jakikolwiek inny odbiorca.
U mnie zawsze ten proces porządkowania zaczyna się od pisania. Niezależnie, jaką formą ma się to skończyć – wszystkie zaczynają się od monitora, kursora, wstukiwania słów i porządkowania tych krótkich filmów – w opowieść: scenariusz, szkic. W początkową formę: spisaną. Więc dla mnie różnice zaczynają się dopiero po tym etapie. Kiedy ja wykonam już swoją pracę: spiszę historię. To świetnie widać na przykładzie komiksu – tam moje jest tylko pisanie, ewentualnie mogę wrzucić jakieś sugestie, uwagi dla rysownika. Podobnie przy filmie – w pewnym momencie oddaję komuś całość mojej historii. Będę sobie potem siedział, będę oglądał efekty, będę o nich dyskutował. Mogą mi się spodobać, a mogą - kompletnie nie. Ale moja główna robota to zawsze jest początek – opowiedzenie tej historii tak, żeby ktoś inny mógł ją przejąć.
Inaczej będzie, oczywiście, ze stand-upem, ale tu się mogę dopiero domyślać, co się będzie działo. Muszę się przygotowywać, sięgnąć bardziej do tego, co robiłem w teatrze, ale też, z drugiej strony, nie popaść w pułapkę teatralności, poczuć różnicę. Nie wiem, czy podołam stand-upowej formule, czy mój przyjaciel Michał Pałubski zdoła mnie przygotować do sceny w sposób należyty, ale mam wrażenie, że ta formuła jest „dla mnie”. To jest to samo wrażenie, które mam, gdy myślę o jeżdżeniu motocyklem – nigdy na nim nie jeździłem, ale czuję, że to jest „moja rzecz” w jakiś sposób. Dlatego będę musiał to kiedyś zrobić, bo wiem, że mam do tego wszystko… oprócz umiejętności. W kwestii stand-upu: wszystkie predyspozycje, jakie mógłbym mieć, mam; wszystkie chęci w tym kierunku – są. Tylko jeszcze brak umiejętności. Może się okazać, że zdobycie ich jest dla mnie nieosiągalne, ale przecież muszę spróbować.

No, ale to jak to jest – masz specjalną listę rzeczy, których zawsze chciałeś spróbować?

Nie, to nie jest tak, że ja zawsze chciałem. Nie mogłem „zawsze chcieć”, w końcu stand-up na przykład poznałem dość późno. To nawet nie jest tak, że „jak to zobaczyłem, to od razu poczułem, że pasuje”. To raczej… jak z przymierzaniem przeróżnych ubranek do ulubionej lalki, czy gadżetów do G.I. Joe, jak jesteś mały. Twój talent – jakikolwiek by nie był, ogromny czy słaby, zajebisty, czy tandetny jak chińska podróbka – to jest właśnie taka lalka. I przymierzasz do niej to i owo, szukasz odpowiednich ubrań, dodatków, gadżetów. Przyznaję, jest to prawdopodobnie najgłupsza metafora, jaką mógłbym się tu posłużyć. Ale jednocześnie jest adekwatna, bo choć brzmi jak brzmi, to do tego się to wszystko dla mnie sprowadza. Moją laleczką jest opowiadanie historii. Czy opowiadam dowcipy, czy gadam gdzieś ze znajomymi, czy piszę opowiadanie, czy wygłaszam monolog – to jest wszystko ubranko dla mojej laleczki.

Aż się prosi zapytać, kiedy i od kogo tę laleczkę dostałeś…

A widzisz. Mój pierwszy kontakt z opowiadaniem historii to były gawędy ogniskowe. Ale były też płyty winylowe, na których słuchałem bajek. Z „Piotrusiem Panem” na czele. To była moja absolutnie ulubiona bajka. Moi rodzice mieli ze mną spokój na czas płyty. Potem wystarczyło przyjść, przełożyć płytę… i Kubusia znowu nie było. Ileż można było spokojnie zrobić w pół godziny!
Wracając do naszej laleczki. Właśnie gdzieś wtedy się zorientowałem, że ją mam. Potem już zacząłem zauważać dla niej „nowe wdzianka”, różne formy i formaty, w które mogłem ubrać opowieść. No i przyszedł taki moment, że zastanawiałem się: „Jak moja lalka będzie wyglądała w stroju komandosa? A gdyby założyć jej skafander kosmiczny…”

…czy kamizelkę MC…

No właśnie! O to chodzi. W pewnym momencie do mnie dociera „Ej, mój talent będzie w tej formie wyglądać!”. Tyle że to zwykle oznacza nadal, że wiem tylko, jak wykonać pierwszy krok. Często nie wiem, jak będzie dalej i czy się uda. Nie wiem, jak będzie wyglądać krok piąty, szósty. Ale - wiesz co? Wystarcza mi, że wiem, jak zrobić pierwszy. Znów wracając do tego mojego stand-upu – wiem, że jestem w stanie uformować swoje myśli w tekst, który przy występie zajmie mi 15 minut, wyrazi to, co chcę i jeszcze będzie się trzymał formy. Ale czy podołam całej reszcie – nie mam pojęcia. Tyle że mi ta świadomość pierwszego kroku wystarczy, aby próbować wejść na tę drogę i nią pójść. Czy się przewrócę – to się okaże.

Czekaj, czekaj… Nie raz, nie dwa powoływałeś się na gaimanowski pogląd, że opowieść jednak „wybiera sobie” medium. Że pomyślana jako komiks, powinna być komiksem, pomyślana jako film – filmem. Teraz trochę brzmisz, jakby liczyło się opowiadanie historii – a forma, ot, zależna od kaprysu?

Gaimanowi jestem ogromnie wdzięczny właśnie za tę myśl. Tu nie ma, może wbrew pozorom, sprzeczności. Jest opowieść, mój zbiór filmików w głowie, które jeszcze mają medium. Zaczynam o każdej myśleć, przetwarzać, przymierzać do niej wszystkie znane mi formy. I przy którejś jest jasne, że ta historia jest, dajmy na to, serialem. Nie, że „wymyśliłem sobie, że będzie serialem”. Ona nim jest, to ubranie do niej pasuje idealnie. I teraz – albo ją bierzesz tak, jak ona chce zostać przedstawiona, albo robisz jej krzywdę, bo próbujesz ją dostosować do tego, co umiesz w danym momencie. Nie opowiadasz jej tak, jak powinna być opowiedziana, zakładasz jej niepasujące ubranko. Więc, jeśli umiem, spisuję ją jako serial. Nie umiem – czeka.
Ja mam wciąż wiele opowieści w głowie, o których wiem, że jeszcze nie umiem ich opowiedzieć, do których nawet się nie zabieram. Wiem, że jeśli kiedyś zdecyduję się do którejś sięgnąć, będę się musiał nauczyć zupełnie nowego sposobu opowiadania. W dodatku, większość z nich będzie wymagała dopuszczenia do opowiadania kogoś jeszcze. A to bywa trudne. Bo wymaga zrezygnowania z tego, co w ogóle tę historię zaczyna – czyli moich obrazów w głowie.

To już są cudze obrazy?

Trochę. Widzę i opisuję, a potem znów widzę, tylko coś innego. Widzę historię jako komiks, widzę obrazki. Spisuję jako scenariusz komiksu. Przekazuję dalej… i dostaję zupełnie inne obrazki. Ten komiks jest – w oczywisty sposób – zupełnie inny. Dołożyła się do tego wszystkiego czyjaś wizja, czyjaś kreska, czyjś sposób obrazowania. I z jednej strony – to świetne przeżycie, dzielenie się opowieścią. Z drugiej – nagle przestaje to być moja historia. Muszę być gotowy na to, że nie będzie moja. Są takie, o których wiem, że „nie oddam”, muszą być od początku do końca moje i tak przekazane odbiorcom. Są takie, którymi się chętnie podzielę. No i są takie, które muszą poczekać, aż będę umiał, albo wyrazić je w ich formie, albo się ich opowiadaniem podzielić.

Twoje tempo pisania i wydawania nie bardzo kojarzy się z czekaniem…

Bo niektóre historie są gotowe. I tych nie należy za bardzo odkładać „na później”. To jest tak: uważam, że pierwsza rzecz, którą dobrze by było przekazać młodym, zaczynającym autorom, to to, że nie każdą historię, która przychodzi nam do głowy, należy od razu napisać. Możesz mieć świetny pomysł, naprawdę genialny, ale musisz się zastanowić, czy do niego dorastasz. Jeśli nie, jeśli nie masz pewności – poczekaj. Często trzeba wielu lat czekania i uczenia się, pracy nad sobą, szukania sposobu na historię, poszerzania horyzontów, aby mogło coś z niej dobrego powstać. Żeby zadziałała i wiedza, i inspiracje, i wszystko, co po drodze przeczytasz (bo bez czytania, to o pisaniu raczej mowy nie ma). Ja nad jedną pracuję już osiem lat.
Z drugiej strony jednak – uważam, że ludzie bardzo często piszą za wolno. Jasne, jest proces pisarski, który zajmuje sporo czasu. Research, wyszukiwanie i doszukiwanie informacji, jest układanie sobie tego wszystkiego na swój sposób. Jednak można sobie przygotować plan, można sobie budować w głowie, czy w notatkach, te wszystkie postaci. Ale jak siadasz do pisania, to trzeba pisać. Żeby historia nie skostniała, jak mawia Stephen King.
Jeśli odłożysz scenę w połowie, jeśli odłożysz dialog w trakcie, gdy do niego wracasz, jesteś już zupełnie gdzie indziej. Ty – w Twoim życiu zdarzyło już się tyle, że jesteś w zupełnie innym miejscu, myślisz o czymś zupełnie innym. Masz dramatyczną scenę, nagle przerywasz. Twoi bohaterowie idą na zakupy, do kina, zjedzą obiad i potem nagle muszą wrócić do awantury „na wysokim c”. To tak nie chce działać.

Musi iść naturalnie?

Tak, dla mnie to sprawdzian. Jeśli piszesz dialog – a to trochę tak, jakby się mu przyglądać – to nie możesz zrobić tego tak, że w tym momencie piszesz czyjąś wypowiedź, a riposta przychodzi za tydzień jak w korespondencyjnych szachach. To się nie może sprawdzać.
Historia może dojrzewać długo. „Grimm City” przygotowywałem przez lata. Ale kiedy siadam do pisania, to siadam do pisania. To kwestia uczciwości wobec czytelnika, kwestia niewypowiedzianej obietnicy, że ta historia zostanie opowiedziana we właściwym tempie. Dlatego musisz wpaść w rytm, słuchać swoich postaci. Jedna coś mówi, przeskakujesz na drugą, druga ripostuje. Jest akcja-reakcja. Jeśli riposta nie wejdzie, nie pojawi się – to znaczy, że miała nie wejść. Nie chcesz mieć szeregu wypieszczonych, domyślanych bon-motów i one-linerów. Nikt tak nie rozmawia. To częsty i drażniący strasznie problem niektórych scenariuszy – nie ma w nich miejsca na normalny dialog. Ludzie ze sobą rozmawiają w kuchni przed pierwszą kawą i nagle wszyscy wszystkim są w stanie odpowiedzieć taką torpedą, że staje się to kompletnie nierealne.
Trzymam się zasady, że jedną, zamkniętą scenę muszę napisać za jednym zamachem. Jeśli rzeczywiście pociski lecą w jedną i drugą – to dobrze! To znaczy, że akurat tak się mogło zadziać, bo tak wyszło. To znaczy, że mógłbym odbyć taki dialog ze znajomymi. Kiedy indziej wyjdzie tak, że po krótkiej wymianie zdań jest pustka. Właściwie mogę opuścić głowę i się poddać. I najczęściej jest wtedy tak, że to właśnie powinna zrobić postać. Odpuścić, wkurzyć się, mruknąć coś pod nosem i się zamknąć. Jasne, mogę to potem trochę doszlifować, nie iść kompletnie na żywioł – ale charakter tej sceny zostanie dokładnie taki: ktoś wygrał, ktoś przegrał. Tak to zwykle bywa.
Więc sądzę, że jak człowiek zabiera się za pisanie książki to powinien być w tym poważny i na tym się przede wszystkim skupić. Nie pozwolić sobie na to, żeby ta historia chociaż przez moment przestała być świeża.

Czyli – wszystko na świeżo. To jak to się ma do tej książki, nad którą pracujesz osiem lat? Nie skostniała?

Wiesz, ja w niej domknąłem wszystko, co się dało domknąć. Dotarłem z trudem w pewnym momencie do punktu, w którym mogłem ją na chwilę zamknąć. To też mógł być błąd. Taka książka, która powstaje za długo może podzielić los Żuka mojego ojca. Bo mój tata kiedyś sobie postanowił, że zrobi Żuka. Skręcał go od podstaw, ściągał wszystkie części… Tyle że potem przerwał, zostawił go „na chwilę”, bo nie miał na niego akurat czasu. I jak ten Żuk tak stał, to co i rusz przychodził ktoś, pożyczał sobie śrubkę, pożyczał jakąś inną część. I wszyscy, oczywiście, ojcu o tym mówili, a on odpowiadał: „No dobra, w porządku, jakoś to ogarniemy”. Pożyczali od niego te części, Żuk sobie stał, tata przy nim nie robił i tak to sobie trwało. No i nagle się okazało, gdy już postanowił, że go skończy, że w cholerę części brakuje. Z tą moją książką jest podobnie – trochę taka poskładana, są elementy, które niby wiem, jak dalej pchnąć, ale ciągle tego nie robię. A przecież piszę inne historie – i czasem jest tak, że już zbliżam się do tej granicy, do tego momentu, że wiem, że tam leży ładna scena i właściwie mógłbym ją pożyczyć, bo mi pasuje do tego, co buduję obecnie. Tylko potem budzę się z tym, że z trzydziestu elementów, które były gotowe, zostało mi siedem, bo wszystko sam pokradłem do innych historii. Więc od nowa muszę się zabierać za tego Żuka. Tak naprawdę nie wiem, czy ta książka kiedykolwiek wyjdzie.

A kiedy napisałeś ostatni fragment?

No, trzy lata na pewno minęły od tego czasu.

To będzie całkiem niezły test dla kostnienia historii.

Wiesz, zaskakująco nadal lubię ją czytać. Lubię patrzeć na ten fragment. To jest naprawdę niezwykłe, bo jednak jak czytasz swoje starsze teksty, to są takie momenty zażenowania mimo wszystko. No, a to jest tekst raczej stary, zaczął powstawać w 2010. To był dla mnie bardzo trudny rok, dziwaczny rok. Z jednej strony duże sukcesy, spełnienia marzeń, obgadane już wszędzie spotkanie z Brucem Willisem, z drugiej wiele zmian – jak na przykład praca w biurze, w jednym miejscu. To w ogóle było dla mnie ważne i dużo mi dało. Nie musiałem mieć tej pracy ze względów finansowych. Była mi niezbędna, bym zaczął wychodzić z domu. Bo wtedy się dowiedziałem nie tylko, czym jest depresja, ale że to takie paskudne zwierzę, które spokojnie może cię dopaść wtedy właśnie, kiedy wydaje ci się, że wszystko jest idealnie poukładane. Nagle się okazuje, że skoro masz wszystko na swoim miejscu, to właściwie nic nie musisz robić, wszystko można brać na spokojnie, na później. Okazało się, że nie zaczęło się od poczucia beznadziei. Nie zaczęło się od tego, że jest źle i z niczym sobie nie radzę. Tylko po prostu – nie muszę sobie z niczym radzić. A skoro nie muszę to nie chce mi się. A potem dalej: „nie chce mi się, nie chce mi się, nie chcę, nie chcę, nie chcę”. Aż wreszcie przyszło „nie mogę”.

A potem już „nie umiem”?

Tak. I to był właśnie ten moment, gdy potrzebowałem zmiany. Ja oczywiście wychodzę z założenia, że jednak nie należy podejmować prób wychodzenia z depresji samemu, w kluczowym etapie miałem profesjonalną pomoc, ale – jeśli się da – należy próbować wychodzić, gdy tylko człowiek złapie oddech. Kiedy ktoś pomoże, kiedy uda się wyprowadzić w medyczny czy terapeutyczny sposób na powierzchnię, to wtedy jest moment, żeby włożyć w to jakiś wysiłek. Ale tylko wtedy. I dla mnie tym wysiłkiem była kompletna zmiana, podjęcie pracy w biurze, z ustalonymi godzinami, zbiorowej – w zespole, z którym musiałem się dogadać i działać ze wspólnym celem. Wtedy miałem mnóstwo do pogodzenia, napisania, powiedzenia na temat tego, jak w człowieku tworzy się historia i jak się opowiada swoją własną historię przez cudze. Marketing był więc dla tej książki idealnym polem doświadczalnym. Bo ona, ta moja Piękna Nienapisana, jest właśnie o tym, jak powstają w nas historie i jak na nas wpływają. To wtedy właśnie najwięcej z niej napisałem.
A dlaczego nie pisałem dalej? Ta książka miała pewną rolę terapeutyczną. Tylko potem przyszedł 2013 i ja już terapii nie potrzebowałem. W 2012 spełnił mi się jakiś ogrom prywatnych i zawodowych marzeń, w kolejny wszedłem z nieprawdopodobnym impetem, ale też z nieprawdopodobną ilością pracy i wizji na rzeczy, które chciałem zrobić. Domknąłem tę książkę, jej pewien etap i następnego dnia nie wiedziałem, co napisać. Stwierdziłem, że to czas, żeby ją zostawić i się namyślić. Mam mnóstwo innych historii, które szkoda mi zostawić, nie napisać, które działają tu i teraz na moich emocjach. A tutaj – nie mam czegoś takiego. Po prostu mam nadzieję, że jak do niej wrócę, to siądę i będę pisał dalej, że znów będzie działać.

Wspomniałeś o emocjach, o depresji. Wiele razy, gdy rozmawialiśmy o pisaniu, powracał motyw raczej tych pozytywnych emocji, zakochania choćby, jako pożywki, inspiracji dla pisania.

Sądzę, że jeżeli tekst ma się sprawdzać, to musi docierać do emocji, to właściwie jego główna, podstawowa funkcja dla mnie. Taką mam teorię literatury, którą nazywam dobrą. Literatury, która do mnie trafia. To musi być historia, która potrafi odwołać się emocji. Sportretować je, przedstawić, ale też wyrazić. Tak naprawdę autor musi jakichś emocji doświadczać w czasie tworzenia. To nie muszą być koniecznie te, które opisuje, ale musi mieć coś w rodzaju zapasu „emocjonalnej energii”, żeby móc to przetwarzać. Mam takie wrażenie, że większość emocji ma podobne źródło, dzięki temu będąc szczęśliwymi potrafimy świetnie opowiadać o smutku. Ale musi coś w nas emocjonalnie grać, coś pracować, żeby móc to przetworzyć. Pisanie „na sucho” nie daje tego efektu.
< Zresztą, czasem zdarza mi się, że z pozytywnego stanu powstają teksty raczej melancholijne, a z emocji negatywnych – teksty wesołe. To bywa bardzo zaskakujące. Świetnym przykładem są tu „Drobinki nieśmiertelności”, zbiór opowiadań, który wyjdzie jesienią. To dodatek do „Przez Stany POPświadomości”, która przecież przesiąknięta jest frajdą, zajaraniem, popkulturowym zachłyśnięciem się – to książka, którą ludzie odbierają jako gawędę ludzi, którzy pojechali w podróż i teraz przy piwie opowiadają te swoje radosne opowieści. I sądziłem, że zbiór opowiadań, który do tego dołączę, będzie oddawał ten sam klimat. A jednak – sam siebie zaskoczyłem. Bo on, ten zbiorek, jest cholernie smutny.

Z tego, co rozumiem, zaskoczył Cię również tym, że okazało się, że nie jest fantastyką. Po „PS POP” raczej mogliśmy się tego spodziewać. „Drobinki…” od początku były planowane jako fantastyka, tak o nich rozmawialiśmy w podróży, takie pomysły rzucaliśmy… Pierwsze wyszło inaczej i stwierdziłeś, że sięgniesz jednak po swój stary plan napisania książki niefantastycznej?

Nie, nie. Ja cały czas próbuję rozgryźć, co tu się właściwie stało. To chyba będzie moja pierwsza książka, którą przeczytam i spróbuję pomyśleć, co autorowi właściwie chodziło po głowie. Byłem na sto procent pewien w którymś momencie, że choćby nie wiem co – jedno opowiadanie zostanie fantastyczne, że ono inne być nie może. I nawet w nim – zostało tylko niedopowiedzenie. Ono pozostało najbliższe fantastyce, zostawiające czytelnikowi możliwość takiego odczytania… Ale to wciąż jest dla mnie zaskoczenie. To nie miała być ta książka, którą zapowiadałem jako niefantastyczna. Tamta jest rozpisana, myślę, że wezmę się za nią w tym roku…

Czyli – twoje własne historie zrobiły Ci falstart?

No, trochę tak. Zresztą „Drobinki…” to książka-psikus. Miała być częścią „Przez Stany POPświadomości”, Przemek Romański z SQN zaproponował, żeby stały się oddzielną książką, bo w pierwszej się zwyczajnie nie zmieszczą. Miała być wesoła – napisała się smutna. Miała być fantastyczną zabawą z popkulturą – nagle nie ma w niej grama fantastyki. Zdarzyło się zresztą przy niej jeszcze coś, na co ja nigdy wcześniej się nie zgodziłem. Wyrzuciliśmy mianowicie z niej jedno opowiadanie, które było naprawdę dobre. Nie pasowało.

Czyli masz swoją książkę-trickstera?

Tak. Nigdy w życiu nie chciałem odpowiadać na to pytanie, które bardzo często mi się zadaje: „Jaką książkę uważasz za swoją najlepszą?”. Zwykle odpowiadałem po prostu: „Najnowszą”. I w przypadku tej książki ta odpowiedź na razie jest prawdziwa. Ale mam w sobie przekonanie, że jeszcze długo będę odpowiadał, że są to „Drobinki…”

A „PS POP”? Wydaje się, że trochę zniknął w cieniu – nie tylko w cieniu „Drobinek” w Twojej głowie, ale też jeśli chodzi o rozgłos. Nie wyszedł dokładnie tak, jak go sobie wyobrażaliśmy przed wyjazdem, wiele rzeczy nas zaskoczyło – sądzisz, że będziesz go kontynuować?

Tu w ogóle nie pasuje liczba pojedyncza. To nie tak, że ja będę lub nie będę kontynuował. Oczywiście, mogę sobie sam pojechać do Stanów, zobaczyć popkulturowe miejsca, napisać o nich, ale to nie będzie miało nic wspólnego z "PS POP”. Ono jest podróżą dużo bardziej złożoną niż tylko samolotem na inny kontynent i potem samochodem tam. Bez ekipy, która się na tę podróż składa, bez innych punktów widzenia, odmiennych od moich zajawek, refleksji, wizji, to tylko wspomnienia z szalonych wakacji. A przecież ten projekt to coś znacznie więcej. Opowiadamy o spełnianiu marzeń, opowiadamy o tym jak się osiąga to, o czym myślisz, że jest nieosiągalne. Ludzie dziwią się czasem podczas lektury, jak wiele w tej książce zajmuje opis przygotowania do wyprawy, formowania drużyny, zupełnie nie widząc, że to w jakiś sposób jest najważniejsza część. Większość czytelników jest na którymś etapie tego właśnie szykowania się do wyjazdu. Czy to sfera "fajnie by było" czy już bardziej konkretne "za pięć lat, jak odłożę" czy wreszcie "dobra, ogarniam temat, bo wiecznie żyć nie będę!”. My tam wszędzie byliśmy i mogliśmy tą książką pokazać, że jest coś potem. Że może być.
I teraz, gdy tak do mnie dociera, co właściwie ostatecznie zrobiliśmy, to myślę sobie, że choć nie zrealizowaliśmy własnych założeń, nie wszystko wyszło z naszych planów, ta książka wyszła lepiej niż mogliśmy chcieć. Bo ona opowiada o popkulturze na poziomie treści, to raz. Dwa, mówi o niej mieszaniną form - splata ze sobą niemal barową gawędę ze współczesną blogową notką i rzeczowymi ciekawostkami, zdjęcia artystyczne ze sweet fociami, dokłada film i youtube'owego vloga. Najważniejszy jednak jest punkt trzeci - ta opowieść jest historią wpisaną w popkulturowy schemat, więc jest popkulturą. To doświadczenia grupy wariatów, którzy doleciawszy na drzwiach w nowe miejsce stwierdzają: Oho, Toto, to już chyba nie jest Saska Kępa. Ładnie to ujął Bartek Czartoryski, mówiąc, że dziwnym jest dla niego jednocześnie być współautorem i... bohaterem literackim. Dziwnym, ale nie niemożliwym przecież.
A co do rozgłosu, to myślę, że ta książka jeszcze się przegryzie. Jak wiele innych publikacji potrzebuje tylko dostać od czytelnika szansę. I dlatego tak się cieszę na ten Bookrage'owy pakiet i fakt, że jest w nim do wyjęcia papierowa wersja PS.POP. Bo to pozwala czytelnikowi zapoznać się z tą pozycją bez większego ryzyka. Przeczyta i mu się nie spodoba? Nadal ma jedenaście rzeczy (powieści, zbiorów, opowiadań) w ebookach. Spodoba się? Zrobił interes kwartału!

No, a Ty będziesz miał zastrzyk finansów na kolejny projekt. Jak to jest z tym serialem, na który zbierasz z BookRagem? Znów wracasz do świata „Kłamcy”?

Wychodzę z założenia, że najlepszą metodą na spełnianie marzeń jest przygotowanie się do nich najlepiej jak się umie, a potem wypatrywanie momentu, sprzyjających okoliczności, by je zrealizować. Nie wszystko zależy od nas, ale to co zależy - musi być zapięte na ostatni guzik. Zawsze, by nie przegapić okazji. Długo się przygotowywałem do własnych produkcji filmowych i teraz, kiedy spotkałem właściwych ludzi - aktora i kabareciarza Michała Pałubskiego i mistrza Europy Brazylijskiego Ju-Jitsu Maćka Linke - mogę powiedzieć, że jestem, czy raczej jesteśmy, gotowi zrobić pierwszy krok. Będzie nim krótkometrażowy film "Niegrzeczny", który roboczo opisujemy sobie jako "świąteczne kino kopane". I na ten film mamy już większość budżetu, wsparcie (nie tylko duchowe) najbliższych, więc tylko dopełnić bieżących obowiązków i startujemy! Ale jednocześnie patrzymy już dalej i stąd cel w Bookrage. Jakiś czas temu zabrałem się za opowiadanie w świecie mojego "Kłamcy", pokazujące jednak tego świata zupełnie inny aspekt. To opowieść o pewnym aniele stróżu, który żył sobie spokojnie, opiekował się pewną rodzinką, aż tu nagle Opatrzoność władowała go w sam środek wielkiego, krwawego zamieszania. Napisałem może stronę, na pewno nawet nie jedną pełną scenę, kiedy nagle zdałem sobie sprawę, że to ma być scenariusz. W dodatku nietypowy, bo internetowy. Forma dziesięciu dwunastominutowych odcinków idealnie zgrała się ze wszystkimi comic reliefami, zwrotami i zawieszeniami akcji, więc nawet nie dyskutowałem tylko spisałem, a potem pokazałem grupie kontrolnej. I wygląda na to, że działa, ma potencjał i może być naprawdę świetne. Teraz trzeba się tylko przygotować i zebrać pieniądze sporo większe niż to, co już, dzięki zainteresowaniu czytelników, mamy.
Swoją drogą właśnie przyszła mi taka refleksja. Jasne, że mógłbym za tę kasę z BookRage, już jak widzę niemałą, kupić sobie wreszcie samochód, ale ten nie zawiezie mnie tam gdzie zmierzam. Do gwiazd! A dokładnie do tej drugiej na prawo...